czwartek, 7 marca 2013

Kup pan konia

W zwiazku z tym, ze moja londynsko-szkocka retrospekcja nie jest pisana w jakims blyskawicznym tempie ( nie wiem dokladnie ile czasu jeszcze mi zajmie) postanowilem, ze jednoczesnie bede rowniez pisac o aktualnych wydarzeniach. Jest ku temu doskonala okazja poniewaz wczoraj odbylem fantastyczna, nieplanowana podroz...na zwierzecy targ :D. Ale po kolei.

Po 10 dniach nieprzerwanej pracy, w koncu w moim grafiku pojawil sie dzien wolny. Z racji tego, ze jakis czas temu ukruszyl mi sie zab postanowilem udac sie do dentysty. Wiadomo z dentysta nie ma zartow wiec dobrze jest oddac sie w dobre rece. Opinie o dentystach w UK nie sa zbyt przychylne takze wczesniej wyszperalem taka miejscowke gdzie bylo sporo pozytywnych komentarzy. Wybor padl na gabinet w Oxford. Na upartego moglem wyszukac cos blizej mojej miesciny, ale zdecydowalem, ze przynajmnej bede mial rowniez okazje zwiedzic to uniwersyteckie miasto.
Z samego rana poszedlem na przystanek i oczywiscie okazalo sie, ze zle sprawdzilem rozklad w internecie. Na kolejny autobus musialbym czekac 1,5 h. takze postanowilem ze przejde sie kilka mil pieszo z nadzieja, ze  uda mi sie zlapac inna linie. Przez moment probowalem rowniez lapac stopa, ale przypomnialo mi sie, ze ponoc jest to zakazane ( musze w koncu sprawdzic dokladnie ta informacje) wiec szybko porzucilem ten pomysl.

W pewnym momencie zatrzymal sie kolo mnie samochod. Bylem przekonany, ze ktos chce sie zapytac o droge. Okazalo sie jednak, ze dwoje starszych dzentelmenow bylo ciekawych gdzie tak maszeruje w tej angielskiej mzawce i czy moga mnie gdzies podrzucic (!) :). Po krotkiej wymianie zdan ( a musze zaznaczyc, ze ich akcent dosc ciezko bylo ogarnac) dowiedzialem sie, ze John i Les maja farmy w Newent i wlasnie jada na zwierzecy targ pod Londynem. Dlugo sie nie zastanawialem kiedy zaproponowali mi wspolna wizyte na targu :). W trakcie jazdy okazalo sie, ze zmierzaja tam po raz pierwszy, bez mapy i do tego sa na innej drodze niz mysleli ;). Szalone dziadki :D I tak z pomoca google map zostalem ich pilotem :D


                                                John i Les - fundatorzy mojej wyprawy ;)

Po dotarciu na miejsce zadzwonilem szybko do Mario, aby podajac sie za mnie, anulowal wizyte u dentysty. Nie bylo by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie polska recepcjonistka, ktora zaproponowala mu rozmowe po polsku :D. Powtarzajac "Dobzie, dobzie" dzielnie wykonal swoja misje ;).
Na targu ( w zasadzie nie ogolno-zwierzecym tylko konskim) John tlumaczyl mi na co trzeba zwracac uwage przy zakupie konia. Zrozumialem z tego jakies 50%  ( ach ten akcent :D) ale i tak zawsze jakas dodatkowa wiedza zdobyta. Ostatecznie nie zdecydowali sie na zakup zadnego rumaka, ale przynajmniej nawiazali kontakty na przyszlosc.

           
                                       Kazdy szczesciu do pomoze, kazdy konia kupic moze :)




                                 Jedyny niewykastrowany ogier, ktorego roznosila energia


2 komentarze:

  1. ha ha dobre uwielbiam takie niespodziewajki.
    pisz pisz panie Łukaszu nie tylko dla siebie:) bo fajnie Ci to wychodzi i bede czytac tez ja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieki Karolku :) Nie sadzilem, ze swiadomosc tego, ze ktos tu zaglada, moze byc tak przyjemna :)

    OdpowiedzUsuń