piątek, 17 maja 2013

Panta rhei

Pare dni temu pozegnalismy Mario i Melinde, ktorzy postanowili rozpoczac nowy rozdzial w swoim zyciu. Po raz kolejny naszla mnie refleksja, ze raczej nie jestem typem samotnika, tak jak to sobie wyobrazalem przed wyjazdem z Polski. Nie minal nawet rok, a zaczalem tesknic za bliskimi mi osobami, dodatkowo okazalo sie, ze szybko przywiazuje sie do nowopoznanych osob, a nade wszystko zaczalem rozkminiac, ze w sumie fajnie by bylo podrozowac z jakas bratnia dusza. Niestety zdaje sobie rowniez sprawe, ze w przypadku mojej choroby realizowanie planow podrozniczych moze przybrac dosc nieoczekiwany przebieg, a nie chcialbym byc czyims nadprogramowym bagazem. Takze najlepszym rozwiazaniem wydaje sie byc kombinacja samotnej wedrowki z krotkoterminowymi wypadami w grupie.
Podczas spotkania pozegnalnego Mario i Melindy uswiadomilem sobie, ze styl zycia, ktory chce obrac umozliwi mi poznanie wielu wartosciowych ludzi niestety wczesniej czy pozniej przyjdzie moment, w ktorym bedzie trzeba powiedziec "goodbye" i to bez zadnej gwarancji ze jeszcze kiedykolwiek spotkamy sie ponownie. Razem z Mario mamy co prawda w planach wspolny wypad do Ameryki Pd. w przyszlym roku, ale to sie jeszcze okaze co zycie przyniesie.
Ciekaw tez jestem na ile mocne sa moje ralcje z przyjaciolmi  z Polski. Teoretycznie dzieki internetowym aplikacjom mozna byc w stalym kontakcie, ale w praktyce wiem, ze omija mnie wiele waznych wydarzen z ich zycia. Na chwile obecna nie mam pojecia kiedy i czy wogole wroce na stale do Polski takze zobaczymy czy dlugoletnie przyjaznie wytrzymaja probe czasu.  A moze nie ma co za bardzo rozmyslac tylko poprostu "plynac z nurtem"...


                                                    Goodbye Melinda and Mario 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz